224 rodziny. One wiedzą, że warto
W Gliwicach są obecnie 224 rodziny zastępcze. Dają dom i wsparcie dzieciom z rodzin, które z różnych przyczyn nie są w stanie zapewnić im opieki. Są wśród nich rodziny zawodowe, niezawodowe, spokrewnione oraz Rodzinne Domy Dziecka. To wspaniała i ważna misja, która sprawia, że świat staje się lepszy. Jak to jest być rodzicem zastępczym? Dowiedzcie się z pierwszej ręki!
Fot. M.Buksa/UM Gliwice
Małgorzata Paszkowska
Będąc rodzicem zastępczym, z pewnością trzeba mieć dużo cierpliwości, wyrozumiałości, samozaparcia i sił – psychicznych i fizycznych. Dzieci, które do nas trafiają, są różne – niektóre ciche, wystraszone, inne niepogodzone z losem, złe na to, co je spotkało, pełne przykrości, często złości. Wszystkie zranione. Ale jeśli ktoś się waha, to powiem, że warto. Z naszej rodziny pięcioro dzieci poszło do adopcji i znalazło kochające domy, w których bardzo czekano na dzieci. Utrzymujemy kontakt, wiem, że są szczęśliwe. Jeden z adoptowanych chłopców powiedział mi, że gdyby został ze swoją biologiczną rodziną, dzisiaj nie miałby nic, a teraz ma kochającą mamę, tatę i brata, którzy bardzo go wspierają, którym na nim zależy. Właśnie dlatego warto. Rodzicielstwo zastępcze to bezpieczna przestrzeń pomiędzy dysfunkcyjną rodziną biologiczną, z której trzeba zabrać dziecko, a rodziną adopcyjną, do której dziecko ma trafić. Najtrudniejsze są sytuacje, gdy dziecko z pieczy zastępczej wraca do rodziny biologicznej, która miała uporać się ze swoimi problemami, niestety nic się nie zmieniło i dziecko znów trafia do pieczy. Sytuacja się powtarza, dziecko jest coraz starsze i ma coraz mniejsze szanse na adopcję. Często jest też tak, że dzieci zostają w rodzinie zastępczej do pełnoletności, bo się z nią związują, są szczęśliwe i rodzina zastępcza staje się rodziną na zawsze. Tu również mamy dobre zakończenie. Rodziny zastępcze to dla dzieci szansa na nowe lepsze życie, ale zyskujemy też my – widzimy, jak dzieci się zmieniają, oswajają, stają się ufne, nabierają energii, rozwijają pasje, mają marzenia, które chcą spełniać. To napełnia szczęściem i daje zastrzyk pewności, że to, co robimy, ma sens. Czuję się częścią czegoś wyjątkowego.
Fot archiwum prywatne
Joanna Żołnicka
Przez lata miałam pragnienie, by założyć rodzinę zastępczą. Być może dlatego, że sama byłam w takiej wychowana i wiem, czego potrzeba dzieciom żyjącym poza biologicznymi rodzinami, na co zwrócić uwagę, co jest dla nich naprawdę ważne. Mnie ktoś pomógł, bardzo chciałam pomóc i ja – zrobić coś pozytywnego, zło przekuć w dobro, pomóc wyjść na prostą, pokazać, że życie jest piękne i warto się starać. Inni mają na co dzień swoich rodziców, ciotki, dziadków, a dzieci trafiające do rodzin zastępczych są tego pozbawione i trzeba im w tej sytuacji pomóc, okazać dużo uczuć i poświęcić wiele uwagi. Ważne, żeby być autentycznym, pokazać dzieciom, co jest dobre, a czego nie robić, wyznaczać granice, bo tego potrzebują. Najtrudniejszy bywa pierwszy rok, bo dzieci przychodzą przestraszone, boją się i bywają agresywne, czasami nie znają norm społecznych. Potrzebują nie tylko dużo uwagi i miłości, ale także wsparcia specjalistów, zwłaszcza psychologów, którzy pomogą im wyrwać się ze szkodliwych schematów. Z czasem jednak wszystko się układa, uczą się, jak funkcjonować w rodzinie, budować relacje z innymi, nie bać się bliskości. Akceptują, że jest czas na naukę, na sen, na zabawę i należy przestrzegać tej równowagi. To cudowne obserwować, jak zaczynają się uśmiechać, wierzyć w siebie i rozwijać talenty. Jeżeli ktoś czuje, że chce pomóc, ma powołanie do rodzicielstwa zastępczego, nie trzeba się wahać i obawiać. Czeka ciężka praca, ale też niesamowite wzruszenie, satysfakcja, duma i piękne chwile. Będzie dobrze.
Fot. UM Gliwice
Kornelia i Andrzej Miozga
Zżywamy się z każdym naszym dzieckiem i chociaż jest nam ciężko, cieszymy się, gdy znajduje kochającą rodzinę adopcyjną, bo taki jest cel tego, co robimy. Utrzymujemy kontakt z większością rodzin, do których trafiły dzieci, którymi się opiekowaliśmy i które tworzyły naszą rodzinę. Oczywiście w codziennym życiu bywają trudniejsze chwile. To zrozumiałe. Ale to, jak dzieci zmieniają się pod wpływem naszej opieki, uwagi i miłości, jak zyskują pewność siebie i uczą się codziennego życia, stają się zaradne, to wynagradza wszystko i nadaje sens. Uczymy te dzieci życia i zaradności, ale one też nas uczą. Przede wszystkim wyrozumiałości, empatii, pokory, ale też świetnej logistyki i organizacji.
Fot. K.Sosna
Edyta i Andrzej Korzec
Nasz dom od zawsze był otwarty na ludzi. Zawsze było u nas gwarno, pełno rozmów, śmiechu i codziennego życia. Dziś wygląda to bardzo podobnie. Oprócz naszych dzieci biologicznych, które nadal są bardzo obecne w życiu domu, wokół nas jest też wielu wspaniałych ludzi – wolontariusze, przyjaciele, osoby wspierające dzieci w nauce czy po prostu spędzające z nimi czas. Uważamy, że dzieci uczą się nie tylko od nas, ale od każdego dobrego człowieka, którego spotkają na swojej drodze. Nigdy nie chcieliśmy tworzyć domu idealnego, bo idealne domy nie istnieją. Chcieliśmy stworzyć miejsce prawdziwe – pełne relacji, obecności i poczucia bezpieczeństwa. Takie, do którego chce się wracać. U nas czasem jest głośno, czasem chaotycznie, bywa trudno i męcząco, ale właśnie w tej codzienności budują się więzi i poczucie, że jest się dla kogoś ważnym. Rodzicielstwo zastępcze nauczyło nas, że dzieci najbardziej potrzebują normalności. Wspólnych posiłków, rozmów, obecności drugiego człowieka i świadomości, że ktoś na nie czeka. Ale dzieci nie powinny być tylko najedzone, wyspane i zadbane. Powinny mieć możliwość rozwijania swoich pasji, odkrywania talentów i budowania wiary w siebie. Chcemy, żeby nasze dzieci mogły iść przez świat z podniesioną głową i wiedziały, że mogą marzyć dokładnie tak samo, jak ich rówieśnicy. Bo dzieci z pieczy zastępczej nie różnią się od innych dzieci absolutnie niczym – tak samo potrzebują bliskości, wsparcia, zwyczajnego dzieciństwa i ludzi, którzy w nie uwierzą. Każde dziecko wnosi do naszego domu coś wyjątkowego i każde zostawia w nim swój ślad. My również każdego dnia uczymy się od dzieci – cierpliwości, uważności i tego, jak ważne są małe gesty. Naszym celem jest otwieranie dzieciom drzwi do normalności, aby dzieci smutne, zagubione i często bardzo doświadczone przez życie, odchodziły od nas radosne, pewne siebie i z przekonaniem, że świat stoi przed nimi otworem. Bo nieważne, dokąd poniosą je później nogi – chcemy, żeby zawsze pamiętały, że gdzieś jest dom, w którym były ważne, kochane i po prostu bezpieczne.
Fot. K.Sosna
Magdalena i Przemysław Boratyńscy
Lubimy pomagać. Chcemy, by jak najwięcej dzieci pozbawionych opieki biologicznych rodzin miało możliwość rozwijać się w domach pełnych wsparcia i zrozumienia. By dzieci, odczuwając codzienną miłość i troskę, zobaczyły, że na świecie jest dobro. By mogły być beztroskie i szczęśliwe. Nasze dzieci są zżyte, pomagają sobie nawzajem, ale też wiedzą, że z każdym problemem mogą do nas przyjść. Lubią spędzać razem czas, mają do dyspozycji ogród, który przydzieliło nam miasto, trampolinę i piaskownicę. To dobre dzieci, nie ma złych, tylko trzeba mieć do nich odpowiednie podejście. Wtedy żyją życiem całej rodziny. Są z różnych rodzin, ale potrafią się porozumieć i żyć w zgodzie. Dzieci dodają nam energii, napędzają do działania. Ich uśmiech i szczęśliwy dom, jaki staramy się im stworzyć to dla nas największa radość. Prowadzimy rodzinny dom dziecka w mieszkaniu, które przygotowało dla nas miasto. To ogromne wsparcie. Mamy dziewięcioro dzieci z pieczy i troje własnych dzieci. W sumie dwunastka. Każde potrzebuje swojego miejsca, ale przede wszystkim zrozumienia, ciepła i wsparcia. Staramy się im to zapewnić.
Fot. D.Nita-Garbiec/UM Gliwice
Elżbieta
Dawniej rodziny żyły w wielopokoleniowych domach i wszyscy sobie pomagali. U nas teraz tak właśnie jest. Gdy siostra nie była wstanie zająć się swoimi dziećmi, oczywiste było dla mnie, że przejmę opiekę nad nimi, że trzeba działać, że pomogą dziadkowie. Jesteśmy ze sobą bardzo zżyci, pomagamy sobie, Ania nazywa mnie mamą. Kiedyś byłam ciocią od przyjemnych rzeczy, teraz jestem wymagającym rodzicem. Chcę ich poprowadzić dobrą drogą, pokazać, co jest w życiu ważne, żeby się nie pogubili.
Fot. K.Sosna
Izabella Ziarkowska
Aktualnie w mojej rodzinie opiekuję się 2 dzieci. Od początku mojej pracy, w rodzinie wsparłam 4 dzieci. Jestem rodziną zastępczą od 12 lat. Największym zasobem naszej rodziny jest więź emocjonalna, miłość i cierpliwość.
Dołącz do gliwickich rodzin zastępczych!
Przyjdź, zadzwoń, porozmawiaj. To pierwszy krok, który może naprawdę wiele zmienić. Pomocą chętnie służą pracownicy Ośrodka Pomocy Społecznej w Gliwicach: Małgorzata Magiera (tel. 32/300-46-01 oraz 32/331-46-23), Żaneta Olszok i Milena Zorn (tel.32/234-22-70), można też dzwonić bezpośrednio do sekretariatu (tel. 32/335-41-37) lub napisać na adres e-mail: s_pz@ops.gliwice.eu. (mf)
"Link do artykułu na stronie Urzędu Miasta Gliwice ..."

